Rykowisko bez jelenia (za to mistrzowskie) Iwan Szyszkin

  Czy wspominałam już, jak nieznośnie prowincjonalny mam gust? Czy potrzeba oku więcej do szczęścia, niż spokojny, sielski widoczek? No, może tylko tego, żeby ten widoczek był udany…

     Lato na Polesiu, Iwan Szyszkin

   Trudno mi powiedzieć, czy to ja akurat wyrosłam w takim otoczeniu, czy też jest to ogólna tendencja do ozdabiania ścian czymś więcej niż ozdobne tapety i fotki z wakacji. Gdziekolwiek bywałam za młodu z tak zwaną wizytą, czy to w bloku z wielkiej płyty, czy w chylących się do ziemi chałupkach, wszędzie wisiało coś, na czym można było oko zawiesić. Obrazy, święte obrazki, reprodukcje, fotografie, litografie, pastele i rękodzieło. Plecionki z suszek, wyklejanki z pestek, patchworki, ręcznie haftowane krzyżykiem makatki. Stąd mogę spokojnie stwierdzić, że mam naprawdę niezłe porównanie. Od naprawdę ciekawych domorosłych artystów i udane reprodukcje po koszmarne, acz nieśmiertelne jelenie wśród ściernisk i łopoczące żagle na wzburzonym morzu.

Dęby, 1891 Iwan Szyszkin

  Ale czy naprawdę wszystkie przysłowiowe jelenie są straszne? A właśnie. Rzecz w tym, że nie muszą. Mogą być naprawdę udane, kojące, urokliwe. W przypadku klasycznych widoczków nie ma mowy o zróżnicowanych technikach, żadnego impresjonizmu, żadnego pląsania barwnymi plamami po płótnie. Klasyczne obrazki są realistyczne, mają wiernie oddawać łono przyrody. Moim niekwestionowanym mistrzem w tym zakresie jest Iwan Szyszkin (w lit. zachodniej jako Ivan Shishkin).

   Dębowy święty gaj, 1887 Iwan Szyszkin

   Szyszkin wyspecjalizował się w naturalistycznym malarstwie pejzażowym, doprowadzając je do czystej perfekcji. Pośród drzew trzeba stworzyć fakturę liści, kory drzewnej, traw i runa leśnego. Nanieść na to światłocień. Oddać wielość odcieni spośród jednej palety. Mrówcza, misterna praca! Szyszkin ja mało kto potrafił oddać niuanse obrazów tak wiernie, że część z nich wygląda jak fotografie. Oddawał widoki, które są o włos od banalności, piaszczyste drogi przez pola, leśne dukty, kwietne łączki. Moim zdaniem obrał sobie drogę, która najbardziej balansuje pomiędzy geniuszem a kiczem, i przeszedł po niej pewną, spokojną stopą.

         Na brzegu Zatoki Fińskiej w pobliżu Narva, 1889 Iwan Szyszkin

   Iwan Iwanowicz Szyszkin, ros. Иван Иванович Шишкин (ur. w 1832 r., zm. w 1898 r.) – rosyjski malarz, pejzażysta. Ukończył Moskiewską Szkołę Malarstwa, Rzeźby i Architektury, a następnie petersburską Cesarską Akademię Sztuk, którą ukończył z najwyższymi wyróżnieniami i złotym medalem za dwa obrazy pod wspólnym tytułem Widok z wyspy Valaam. Kukko. Akademia umożliwiła mu także w nagrodę kontynuację studiów za granicą. Po trzyletniej podróży po Europie powrócił do Petersburga, gdzie związał się z Cesarską Akademią Sztuki, gdzie wkrótce został profesorem (Wikipedia).

W parku, 1897 Iwan Szyszkin

  Chociaż życie prywatne malarza nie było sielankowe, w jego pracach nie znajdujemy śladu trudów i tragedii (śmierć dwóch żon, synów). W pracach artysty zdaje się nie istnieć upływ czasu większy niż rok, widoczny w zmianie pór roku w przyrodzie. Pod względem technicznym prace nie zmieniają się przez lata. Zdumiewające jest, że to, co stanowi o ich sile, przez współczesnych Szyszkinowi zachodnich malarzy zostało uznane za słabość. Kpiono sobie ze zbytniego przywiązania do szczegółów, do „pocztówkowości” obrazów. Ale nie zapominajmy, że właśnie otwarto Salon Odrzuconych i zapewne w modzie było gardzenie z naturalizmu, zwłaszcza wobec przybysza ze wschodu. Na szczęście na własnym polu Szyszkin znalazł uznanie.

Polna droga, Iwan Szyszkin

   Ja uwielbiam Szyszkina za lato. Późną jesienią, gdy już szaro za oknem i teraz – na przedwiośniu, kiedy bardzo tęsknię za latem, zapachem siana i brzęczeniem pszczół – Iwan S. spełnia wizualnie moje marzenia. W wyobraźni przenoszę się na piaszczystą polną drogę lub w chłodny cień lasu. Myślę o pikniku na trawie pod wolno przepływającymi chmurami i beztrosce letnich weekendów. I o tym, że ten czas się zbliża, więc już można planować piknikowe menu ;)

Kobieta z parasolką na kwietnej łące, 1881 Iwan Szyszkin

Deszcz w dębowym lesie, Iwan Szyszkin

         Młyn na polu, Iwan Szyszkin

Potok w brzozowym lesie, 1883 Iwan Szyszkin

         Sosna na piasku, 1884, Iwan Szyszkin

                     Brzozowy gaj, 1896, Iwan Szyszkin

Sosnowy las, 1895, Iwan Szyszkin

                      Ule w lesie, 1876, Iwan Szyszkin

                          Narożnik ogrodu porośnięty podagrycznikiem , 1884, Iwan Szyszkin

≈A≈

„November rain”

  W (przedłużającej) się przerwie pomiędzy wpisami, jakże intensywnie (chociaż przewidywalnie) zmieniła się aura. Ze „Złotej Polskiej jesieni” znienacka przeszła w stan pod jakże nam znanym tytułem – szaro, buro i ponuro. Słońce schowało się za chmurami i gęstym, szarym oparem wilgotnych, jesiennych mgieł. Ptaki już odleciały na południe, a jeśli jakieś się spóźniły, to robią to właśnie w tej chwili. Wilgoć zimnego powietrza przenika do kości, wszechogarniająca szarość przygniata, namawia do przymknięcia oczu, przysypiania… Lecz nawet wśród tej szarości zdarzy się mała plamka koloru, iskierka barwy, rozweselające kolorowe piórko, które przypomina, że pewnego dnia słońce i kolory powrócą. Patrzcie…

Józef Chełmoński, Odlot żurawi,  1870.

  Któż mógłby lepiej oddać ten stan świata i ducha, jak nie jeden z naszych rodaków, młodopolskich realistów? Kiedy widzę i myślę o późnej jesieni, widzę obrazy Chełmońskiego, Malczewskiego, Mehoffera, a w wyobraźni widzę to, co malowali słowem – Reymont, Sienkiewicz i Prus. Wręcz czuję błoto pod nogami i zimny deszcz za kołnierzem… A pròpos tytułu, ostatnio w radio było na temat smutnych, depresyjnych piosenek, mających „november” w tytule, zdumiałam się, ze było ich tak wiele!
Póki co, myślmy o nadchodzącej Gwiazdce, jedzmy dynie i przetrwajmy jakoś ten szaro-bury czas!

≈A≈

Szwajcarska czekolada

  Pierwsze chłodne dni już za nami. Dla mnie jesień zawsze zaczyna się pomarańczą dyń, które nagle pojawiają się z miejsce arbuzów na sklepowych półkach i domowymi przetworami, których co prawda sama nie robię, ale na szczęście dostaję. Liście przerzedzają się na drzewach. Częściej pada i wieje. Gdzieś w głowie pojawiają się myśli o ciepłym kocyku i zacisznych, domowych wieczorach. A czy można przyjemniej celebrować jesienny wieczór niż z kubkiem gorącej czekolady?

          „Dziewczyna z czekoladą” 1744, Jean-Étienne Liotard

  Odurzający, gęsty zapach ciepłej, słodko-gorzkiej przyjemności. Przez okno rozproszone jesienne słońce, rozświetla jasne, przestronne wnętrze. Podkreśla mleczną cerę pokojówki, świeżość sukni, biel fartuszka, miękką linię czepka. Czekolady nalano do pełna, szklanka wody dla rozcieńczenia. Pokojówka jest lekko przejęta, lecz pozbawiona uniżoności. Zdaje się, ze gdy poda napoje, odbiegnie z westchnieniem ulgi, z szelestem halek. Jest to zresztą bardziej dwórka, niż pokojówka. Nie wiadomo, kim była dziewczyna z obrazu. Sądzi się, ze to jedna ze zubożałych szlachcianek, jakie wówczas przyjmowano na królewskie dwory. Jesteśmy nie byle gdzie, lecz na cesarskim dworze wiedeńskim i to tutaj cudowny czekoladowy napój zyskuje sławę. To tutaj powstaje wizerunek, który za jakiś czas stanie się pierwowzorem jednej z pierwszych komercyjnych reklam (oczywiście czekolady, jakżeby inaczej).
Tymczasem światło odbija się od błyszczącej faktury sukni, zapada w fałdach, pochłania się w miękkiej ochrze gorsetu i lśni na satynowym czepku. Świeżość tego widoku potęguje szklanka krystalicznej wody, zdaje się, że czuć jej chłód i ożywczość. Ta szklanka ściąga uwagę, jest w samym centrum  obrazu i stanowi kontrast do mlecznej, miękko-pastelowej całości obrazu. Widać też, że artysta skupił się na wiernym oddaniu tego detalu, z dokładnym odwzorowaniem optycznych załamań i powiększeń.

  „Dziewczynę z czekoladą” stworzył Jean-Étienne Liotard ok. 1744 r. Wbrew pozorom nie jest to obraz olejny, lecz pastele, w których wyspecjalizował się ten szwajcarski portrecista. Na dworze Marii-Teresy, austriackiej cesarzowej przebywał w konkretnym celu portretowania cesarskiej rodziny. Liotard był jednym z malarzy – rzemieślników, który podążał za zleceniami, jeżdżąc wzdłuż i wszerz Europy, całkiem nieźle zarabiając swoją pracą. A że, jak widać talentu mu nie brakowało, to i na brak zleceń nie narzekał. Mawia się, że najzdolniejsi rzemieślnicy osiągają po śmierci najmniejsza sławę, ponieważ ich dzieła nie wiszą w galeriach, lecz zdobią prywatne rezydencje, zamknięte salony, miejsca nie oglądane tysiącami par oczu. (Jak historia z Vermeerem, ale o tym innym razem.) Jeśli chodzi o naszą „Dziewczynę z czekoladą” – za sprawą hrabiego Francesco Algarotti trafiła dość szybko na ściany drezdeńskiej galerii, gdzie z kolei wpadła w oko Henry L. Pierce’owi. Przyszły prezes firmy Walter Baker (producent czekolady i kakao) zachwycił się wizerunkiem, a zmysł praktyczny podpowiedział mu, jak go wykorzystać. I tak oto sztuka malarska stała się podstawa sztuki użytkowej.

≈A≈