W najczarniejszej godzinie

   Styczeń to symboliczny początek, zaczyna się nowy rok, nowe postanowienia, nowe życie… Dla mnie jednak styczeń to „najczarniejsza godzina” roku. Krótkie dni, w powietrzu zimno i wilgoć w dowolnych konfiguracjach. Już po świątecznym jarmarczno-kolorowym rozgardiaszu, a jeszcze nie wiosennie. Niby karnawał, ale czym w dzisiejszych czasach jest karnawał? Bawić można się niemal zawsze, a niemal nigdy nie ma na to czasu….

   Zdarza mi się w takich momentach popaść w melancholię, która szuka ujścia w nostalgicznych wspomnieniach. Na fali takowych sięgam ostatnio po filmy z lat 80. i mam wrażenie, ze są to filmy z duszą, grane i tworzone z pasją, jaką później zastąpiono szałem nowych rozwiązań i efektów specjalnych. Specjalistką od filmów niej jestem i nie aspiruję, zdaje mi się jednak, ze to co odróżnia filmy z tamtych czasów, to życie jakie iskrzy w oczach aktorów; emocje, które zdają się być prawdziwe, a nie jedynie odtwarzane. Wracając do tematu – na fali melancholii sięgnęłam po film kultowy „Blade Runner” („Łowca androidów”), co z kolei wywołało powódź wspomnień związanych z twórczością Philipa K. Dicka (film powstał na bazie książki „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”.

 

   Muszę zacząć od tego, że światy K.Dicka są bardzo w klimacie mojej „czarnej godziny”. A filmowy „Łowca androidów” zwłaszcza. Mam na myśli scenografię, klimat, owo nieuchwytne coś, co wisi w powietrzu jak duszący kurz. Świat z „Łowcy…” to postapokaliptyczna Ziemia, jest szaro, brudno, bezustannie leje deszcz. Ziemia jest wyludniona, kto mógł, ten uciekł do kolonii na Marsie. W filmie nie wszystkie wątki zostały wyjaśnione, skupiono się na wątku czysto awanturniczym, na pogoni tytułowego łowcy za zbuntowanymi androidami. Książka, na podstawie której powstał film: „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” jest oczywiście bogatsza o fabułę i jej lwia część zasadza się na kwestii różnic miedzy ludźmi i androidami. Miarą „ludzkości” w człowieku jest jego zdolność współczucia i opieki nad bardziej bezbronnymi istotami (tytułową owcą na przykład). Nie mam wszakże w tej chwili na myśli tego jednego tytułu, tylko całokształt powieści K.Dicka. Mały wtręt – lubię czytać seriami. Czytam tematycznie albo autorami, np. wszystko na temat malarstwa secesyjnego, albo kilka, kilkanaście powieści tego samego autora. Czasem „regionalnie” – np. tylko włoskie kryminały albo tylko o Paryżu. Najczęściej jednak przywiązuję się właśnie do autorów i czytam po kilka powieści spod jednego nazwiska pod rząd. Niektóre nazwiska mogę czytać w pełnej gamie twórczości. Niektóre jednak już po 3, 4 pozycjach wywołują zmęczenie. To wcale nie znaczy, że autor jest złym pisarzem, albo że pisze nieciekawie. Powtarzam – NIE. Ale często jest tak, że własne wewnętrzne przekonania, lęki i obsesje wpływają na twórczość tak dalece, że przy czytaniu serią staje się to nie do wytrzymania. I takie jest właśnie moje odczucie co do Philipa K. Dicka.

   Garść faktów: amerykański autor powieści SF (ur. 16.12.1928, zm. 02.03.1982), napisał kilkanaście powieści, opowiadań i nowel. Największą popularność jego dzieła osiągnęły w latach 90. XX w. Cytując Wikipedię: „twórczość Philipa K. Dicka cechowała problematyka natury rzeczywistości i człowieka. W swoich książkach Dick rozważał kwestie filozoficzne: co to znaczy być człowiekiem?; czy to, co widzimy, to co, nas otacza, istnieje naprawdę, czy też jest to tylko złudzenie?; jaka jest natura wszechświata i jaki jest stosunek Boga do stworzenia?”. Akcja jego powieści rozgrywa się na Ziemi lat 20.-50. XXI w., ale równie często na skolonizowanych przez ludzkość planetach i satelitach. Wszechobecne są kopie ludzi i zwierząt, mniej lub bardziej zaawansowane technologicznie.  Filmowi replikanci, mimo założonego braku emocji i uczuć – dążyli do człowieczeństwa, jak gdyby sam fakt posiadania świadomości nadawał tęsknotę za autentyzmem. Finałowe sceny zdają się udowadniać, że jest to możliwe, aby pod wpływem doświadczeń tak skomplikowana maszyna nauczyła się współodczuwania


Nie ma zgodności co do choroby psychicznej, jaka miałaby nękać autora, bezsprzecznie jednak wiadomo, że nadużywał substancji psychoaktywnych, co wywoływało lub też pogłębiało stany paranoidalne. I jeśli chodzi o twórczość – nie da się tego nie odczuć, ponieważ pisarz umiejętnie dzieli się z czytelnikiem swoją paranoją. Atmosfera światów K.Dicka jest duszna, zatęchła i gęsta od (u)rojeń bohaterów, którzy zdają się nie być pewni, co z ich uczuć i wspomnień jest prawdą, co majakiem, a co cudzym wspomnieniem, sztucznie wpisanym w pamięć. Tą zatęchłość mentalną podkreśla scenografia, klaustrofobiczne wnętrza, futurystyczne zabawki. Poczucie zapędzenia w róg własnych fantazji, pragnień i lęków.

     Nie zapominajmy, że autor tworzył w latach 50-60. XX w., w czasach zimnej wojny i intensywnego myślenia o eksploracji kosmosu. Był to czas prawdziwego „kosmicznego” hurraoptymizmu, z którego pisarze SF garściami wyrywali, co tylko chcieli. Świat przyszłości był rajem hi-tech, ale ponieważ w tym samym czasie zaczęło krążyć widmo atomu i wojny nuklearnej – był to też świat zmaltretowany i często – zniszczony. Niemniej – wydawało się, że przy tak szalonym rozwoju techniki nie ma przed nami granic, a kwestia podróży kosmicznych i zasiedlania obcych planet jest już na wyciągnięcie ręki.

   Przeczytałam kilka dzieł Philipa K. Dicka, zostało mi w głowie ogólne wrażenie paniki i duszności. Obawy o zachowanie człowieczeństwa w świecie przyszłości, gdzie łatwo o rozrywkę i powierzchowne znajomości, ale trudno o bliskość i jakiekolwiek wyższe idee. Zaawansowanie techniczne idące w parze z postępującą samotnością jednostki. Czy to nie brzmi trochę znajomo ??

   Cóż, dzisiaj wiemy, że z tymi podróżami w kosmos to tak nie do końca. Pojawiły się całkiem nowe zagrożenia, z całkiem innych, nieprzewidywanych w latach 50. kierunków. Akcja filmu „Łowcy androidów” rozgrywa się w 2019 roku i już wiemy, że w najbliższym czasie tak to nie będzie wyglądało. Bardziej niż ataku replikantów obawiamy się ataku imigrantów. Bardziej niż bunt maszyn przeraża nas awaria serwerów bankowych.

   Pozostało poczucie postępującej samotności wśród pochodu wynalazków. Niepokoi mnie też myśl, że w dzisiejszych czasach zdajemy się nie przywiązywać tak dużej uwagi do prawdziwości świata, który nas otacza, do czystości ludzkich odruchów, intencji.

   Planowany jest sequel „Łowcy…” z Ryanem Goslingiem, już nie w reżyserii Ridleya Scotta, ale z jego udziałem jako producenta. Scott zapowiada również „rozbudować ten świat i stworzyć kilka kontynuacji”. Co zapewne oznacza niemiłosierną, komercyjną eksploatację legendy „Łowcy…”, przemarsz tandety  i jarmarcznych efektów specjalnych, które będą przykrywały brak głębszej treści i sztampową grę aktorską. Ot, trzeba zarobić…

≈A≈