„November rain”

  W (przedłużającej) się przerwie pomiędzy wpisami, jakże intensywnie (chociaż przewidywalnie) zmieniła się aura. Ze „Złotej Polskiej jesieni” znienacka przeszła w stan pod jakże nam znanym tytułem – szaro, buro i ponuro. Słońce schowało się za chmurami i gęstym, szarym oparem wilgotnych, jesiennych mgieł. Ptaki już odleciały na południe, a jeśli jakieś się spóźniły, to robią to właśnie w tej chwili. Wilgoć zimnego powietrza przenika do kości, wszechogarniająca szarość przygniata, namawia do przymknięcia oczu, przysypiania… Lecz nawet wśród tej szarości zdarzy się mała plamka koloru, iskierka barwy, rozweselające kolorowe piórko, które przypomina, że pewnego dnia słońce i kolory powrócą. Patrzcie…

Józef Chełmoński, Odlot żurawi,  1870.

  Któż mógłby lepiej oddać ten stan świata i ducha, jak nie jeden z naszych rodaków, młodopolskich realistów? Kiedy widzę i myślę o późnej jesieni, widzę obrazy Chełmońskiego, Malczewskiego, Mehoffera, a w wyobraźni widzę to, co malowali słowem – Reymont, Sienkiewicz i Prus. Wręcz czuję błoto pod nogami i zimny deszcz za kołnierzem… A pròpos tytułu, ostatnio w radio było na temat smutnych, depresyjnych piosenek, mających „november” w tytule, zdumiałam się, ze było ich tak wiele!
Póki co, myślmy o nadchodzącej Gwiazdce, jedzmy dynie i przetrwajmy jakoś ten szaro-bury czas!

≈A≈

Szwajcarska czekolada

  Pierwsze chłodne dni już za nami. Dla mnie jesień zawsze zaczyna się pomarańczą dyń, które nagle pojawiają się z miejsce arbuzów na sklepowych półkach i domowymi przetworami, których co prawda sama nie robię, ale na szczęście dostaję. Liście przerzedzają się na drzewach. Częściej pada i wieje. Gdzieś w głowie pojawiają się myśli o ciepłym kocyku i zacisznych, domowych wieczorach. A czy można przyjemniej celebrować jesienny wieczór niż z kubkiem gorącej czekolady?

          „Dziewczyna z czekoladą” 1744, Jean-Étienne Liotard

  Odurzający, gęsty zapach ciepłej, słodko-gorzkiej przyjemności. Przez okno rozproszone jesienne słońce, rozświetla jasne, przestronne wnętrze. Podkreśla mleczną cerę pokojówki, świeżość sukni, biel fartuszka, miękką linię czepka. Czekolady nalano do pełna, szklanka wody dla rozcieńczenia. Pokojówka jest lekko przejęta, lecz pozbawiona uniżoności. Zdaje się, ze gdy poda napoje, odbiegnie z westchnieniem ulgi, z szelestem halek. Jest to zresztą bardziej dwórka, niż pokojówka. Nie wiadomo, kim była dziewczyna z obrazu. Sądzi się, ze to jedna ze zubożałych szlachcianek, jakie wówczas przyjmowano na królewskie dwory. Jesteśmy nie byle gdzie, lecz na cesarskim dworze wiedeńskim i to tutaj cudowny czekoladowy napój zyskuje sławę. To tutaj powstaje wizerunek, który za jakiś czas stanie się pierwowzorem jednej z pierwszych komercyjnych reklam (oczywiście czekolady, jakżeby inaczej).
Tymczasem światło odbija się od błyszczącej faktury sukni, zapada w fałdach, pochłania się w miękkiej ochrze gorsetu i lśni na satynowym czepku. Świeżość tego widoku potęguje szklanka krystalicznej wody, zdaje się, że czuć jej chłód i ożywczość. Ta szklanka ściąga uwagę, jest w samym centrum  obrazu i stanowi kontrast do mlecznej, miękko-pastelowej całości obrazu. Widać też, że artysta skupił się na wiernym oddaniu tego detalu, z dokładnym odwzorowaniem optycznych załamań i powiększeń.

  „Dziewczynę z czekoladą” stworzył Jean-Étienne Liotard ok. 1744 r. Wbrew pozorom nie jest to obraz olejny, lecz pastele, w których wyspecjalizował się ten szwajcarski portrecista. Na dworze Marii-Teresy, austriackiej cesarzowej przebywał w konkretnym celu portretowania cesarskiej rodziny. Liotard był jednym z malarzy – rzemieślników, który podążał za zleceniami, jeżdżąc wzdłuż i wszerz Europy, całkiem nieźle zarabiając swoją pracą. A że, jak widać talentu mu nie brakowało, to i na brak zleceń nie narzekał. Mawia się, że najzdolniejsi rzemieślnicy osiągają po śmierci najmniejsza sławę, ponieważ ich dzieła nie wiszą w galeriach, lecz zdobią prywatne rezydencje, zamknięte salony, miejsca nie oglądane tysiącami par oczu. (Jak historia z Vermeerem, ale o tym innym razem.) Jeśli chodzi o naszą „Dziewczynę z czekoladą” – za sprawą hrabiego Francesco Algarotti trafiła dość szybko na ściany drezdeńskiej galerii, gdzie z kolei wpadła w oko Henry L. Pierce’owi. Przyszły prezes firmy Walter Baker (producent czekolady i kakao) zachwycił się wizerunkiem, a zmysł praktyczny podpowiedział mu, jak go wykorzystać. I tak oto sztuka malarska stała się podstawa sztuki użytkowej.

≈A≈

Najdroższy Picasso !

  W poniedziałek (11.05.15) na aukcji w domu Christie’s w Nowym Jorku został sprzedany obraz olejny Pabla Picassa „Kobiety z Algieru” z 1955 r. Osiągnął rekordowa cenę 179,365 mln dol. Tym samym stał się najdroższym obiektem malarskim na rynku.

         Kobiety z Algieru, 1955

   Ocenę subiektywną obrazu, jak zwykle, pozostawiam odbiorcom.
Moja jest co najmniej letnia, ponieważ nie lubię kubizmu. Nie lubię, nie podoba mi się, nie rozumiem. Gdybym miała wskazać, co w tym obrazie fascynuje odpowiedziałabym chyba niczym typowy facet – cycki. A zatem cycki +Picasso. Bo jak wiemy, w aukcjach liczy się nazwisko. W końcu inwestuje się w Sztukę, nie w no names!

Co kieruje ludźmi, że wydają takie kwoty?
Można zbierać różne rzeczy. Buty, biżuterię, zegarki, samochody, znaczki, fotografie, meble antyczne, perfumy, ubrania od znanych projektantów, wille na tropikalnych wyspach, wyspy w Dubaju, ręcznie robione wieczne pióra i cygara rolowane na gorących udach Kubanek. No, to czemu nie obraz? A jeśli obraz – to jaki? Nie za duży, bo to niewygodne w przewozie i trudność przy pokazywaniu. Nie za mały – bo można przeoczyć, zbagatelizować. Taki ok. 1mx1,5m będzie w sam raz. Koniecznie z gorącym nazwiskiem, takim, które zawsze ma wzięcie, a nie trafiają się takie często na publicznych aukcjach. A może chodzi wyłącznie o pranie brudnych pieniędzy, bo i takie głosy pojawiają się w komentarzach…

Czy kupiec jest znawcą sztuki? Zapalonym amatorem? Może „zbiera pikassy”? Może to tylko inwestycja, nic więcej?
Dlaczego tak się nad tym zastanawiam i łamię głowę? Bo mimo całej miłości do malarstwa siedzi we mnie mały Szkot, który załamuje ręce i pyta, jak można tyle pieniędzy wydać na zamalowane płótno… Najwyraźniej u mnie cena piękna ma jednak swoje granice.