Listopad czytelniczy

   Długie jesienne wieczory nieodmiennie kojarzą się z książką, kocem, ciepłą herbatą (lub grzanym winem). Postanowiłam, mimo okropnego braku czasu, również poddać się tej tendencji. A ponieważ zawsze łapię pięć srok za ogon, książek obecnie na tapecie też mam kilka.

   Magdalena Tulli  „Szum”

   Przeczytana jednym tchem, chociaż nic na to nie wskazywało. Książkę złapałam z ciekawości, ponieważ obiło mi się o uszy, że jest nominowana do nagrody Nike, którą niedługo później zresztą otrzymała (dwa miesiące temu). Tematycznie nie jest ani łatwa, ani lekka w odbiorze. Mówi o dorastaniu i życiu w całkowitym braku czułości, w chłodzie rodziny, która trwa, zmagając się z wewnętrznymi demonami, ale na zewnątrz demonstruje opanowanie. Pozorny spokój, normalność, przeciętność, która w pewnych przypadkach jest nie wadą, ale potrzebą, która pozwala zachować spokój. Bohaterkami tej książki są kobiety, siostry, które w czasach wojennych doznały koszmaru obozu, oraz córka jednej z nich, dziecko nieświadome przeszłości, ale boleśnie świadome odrzucenia, jakiego doznaje ze strony matki.

   Książka pokazuje coś bardzo ważnego, mianowicie to, jak nasze własne dramaty i wspomnienia wpływają na istoty nieukształtowane, bezbronne i całkowicie podatne na to, co się dzieje w ich małym świecie – na dzieci. Książka nie jest jednowymiarowa, nie wytyka winnych, nie osądza i nie skazuje, chociaż bohaterka próbuje to robić, powołując symboliczny sąd.

   Niełatwy temat, niełatwa książka. Ale styl pisarski sprawia, że kolejne strony same znikają. Mimo nawet tego, że nie lubię kafko-podobnych zabiegów, nie podobał mi się groteskowy obraz sądu, sama byłam zdziwiona, jak szybko dotarłam do ostatniej strony. Do refleksji i przemyślenia – polecam.

   Håkan Nesser  „Karambol”

   Dla odmiany – kryminał. Uwielbiam zgrabnie skonstruowane kryminały. A serię Nessera o komisarzu Van Veeterenie uważam za jedną z bardziej udanych. Do serii należy 10 tomów, oczywiście każdy jest osobną sprawą kryminalną, więc spokojnie można czytać pojedyncze tomy. Tutaj – przypadek morderstwa i szantażu. Książka z rodzaju kryminałów policyjno-detektywistycznych.

   Mario Puzo  „Rodzina Borgiów”

   Rodzina Borgiów to powieść biograficzno-fabularna, wątki historyczne mieszają się z fikcją, mocno jednak bazując na realnych postaciach i faktach z życia członków rodziny. Centralną postacią jest Rodrigo Borgia, czyli papież Aleksander VI. Charyzmatyczny, silny człowiek, kreowany w powieści na głowę kościoła i rodziny, przywódcę, stratega i ekonoma, jednym słowem – jednego z pierwszych capo di tutti capi. Powieść pisana w stylu, który nazywam reportażowym – zwięzły, nieoceniający, pokazujący dokładnie to, co najbardziej dotyka każdą z opisywanych stron, ale z zachowaniem subiektywnych potrzeb i odczuć. Bohaterowie są z krwi i kości, ich życiem rządzą niskie potrzeby ubierane w wymyślne uzasadnienia. Powiedzieć, że moralność tamtych czasów mogłaby nami wstrząsnąć, to nic nie powiedzieć. Świetne studium renesansowej Italii, barwne postaci i fabuła, która tym bardziej wciąga, ponieważ jest tak udanie powiązana z historią. (I teraz skłaniam się ku przeczytaniu „Ojca chrzestnego”, bo mi Borgiowie narobili smaka na inne rzeczy autora).

   Olga Tokarczuk „Księgi Jakubowe”

   Tutaj nie wypowiem się zbyt szeroko, ponieważ dopiero zaczynam. Książkę wypożyczyłam „na próbę”. Olgę Tokarczuk znam, czytałam niejedno, bardzo byłam ciekawa tej powieści. Jednocześnie – znając tematykę książki – nie byłam pewna, czy mnie zainteresuje. I czy, powiem to szczerze, będę na tyle zainteresowana, żeby wytrwać z nią przez 912 stron. Z opisu Merlina: „Monumentalna powieść Olgi Tokarczuk. Blisko tysiąc stron, wiele wątków, postaci, miejsc, które tworzą barwny obraz Polski u progu oświecenia. Refleksyjne dzieło o zakrętach historii decydujących o losach całych narodów. ” Zaczęłam czytać i jedyne, co mogę stwierdzić do tej pory to, to, że faktycznie opis polskiej rzeczywistości tamtych czasów jest niezwykle pedantyczny i drobiazgowy.

  Powiem też coś, co dla mola książkowego bywa wstydliwym wyznaniem – ta objętość książki mnie przeraża !  Jest to wstydliwe, ponieważ prawdziwy mól żadnej objętości się nie boi ;) Ważna jest treść, a nie ilość wszakże. Ale ja jestem molem zabieganym. Molem, który uwielbia kieszonkowe wydania za to, że są kieszonkowe, i można je ze sobą zabrać bez kłopotu gdziekolwiek, np. do poczekalni u dentysty. A „Księgi…” to grube dzieło, całkowicie nie przystosowane do damskiej torebki. A to wymusza proces czytelniczy – w zaciszu domowym, wygodnicko.

  Jeśli pierwsze 100 stron zdoła mnie naprawdę zaciekawić, książkę kupię i przeczytam do ostatniej kropki. Jeśli nie – wytłumaczę się z tego później.

Martin Widmark, Helena Willis                           „Biuro  Detektywistyczne Lassego i Mai”

   Książki dla dzieci, to z racji potrzeb Kluski, mój drugi biegun czytelniczy. Jak każdy gatunek literacki dzielą się na dobre, słabe i nijakie. Kluska nie jest molem książkowym, więc trzeba się napracować, żeby dziecko dało się wciągnąć w czytanie. Lasse i Maja mi w tym pomagają! Historie są w sam raz skrojone na 6-10 letniego czytelnika. Nie nazbyt skomplikowane, ale też nie zbyt proste. Wyraziste postaci, sympatyczni bohaterowie, wartka akcja. Wszystko, czego potrzeba dobrym opowieściom detektywistycznym. Akcje rozgrywają się w szwedzkim miasteczku Valleby, zagadki w rodzaju – kto kradnie cenne książki z biblioteki, jak skradziono ogromny diament i dlaczego zniknął pies hotelowych gości. Zdumiewające nieco jest to, co początkowo brałam za minus książek, a mam na myśli ilustracje. Początkowo czarno-białe, w najnowszych książkach kolorowe. Nierówna, jakby drżąca kreska, nieco karykaturalna. Bałam się, że takie obrazki będą zniechęcać, a  stały się znakiem rozpoznawczym serii, w każdym razie Kluska zawsze śledziła z  zainteresowaniem.


   Ostatnio pojawiły się filmy długometrażowe stworzone na kanwie książek z nieco bajkową scenografią, mocno nawiązującą do estetyki lat 50/60. i szwedzkiego wzornictwa. Pal licho zagadki, dla samych scenografii chcę obejrzeć je wszystkie !

 

≈A≈

Marie Kondo „Magia sprzątania”

  Z założenia nie czytam żadnych poradników, poza książkami kucharskimi. Nie i już, przecież nikt mi nie będzie mówił, co mam robić, sama wiem najlepiej ! Doszłam jednak w życiu do punktu, w którym muszę przyznać, że obrosłam w różne dobra. Mam za dużo książek, kosmetyków, a zwłaszcza ciuchów. I z lekka przestałam nad tym panować, a do domu wkradł się zwyczajny bałagan. I kiedy zaczęłam się już mocno zastanawiać nad dodatkową przestrzenią, z różnych stron doszły do mnie ochy i achy nad poradnikiem „Magia sprzątania” Marie Kondo. Kupiłam, przeczytałam, polubiłam. A teraz wyjaśnię, dlaczego.
Nie chodzi o banalne porady: „zrób sobie przestrzeń, a lepiej się poczujesz”, czy też „ubrania układaj kolorami lub wg pór roku”. Nie dowiemy się z tej książki, czym czyścić plamy, ani gdzie najlepiej przechowywać kapelusze. Tą książka uczy, jak pozbywać się przedmiotów bez wyrzutów sumienia. Ot i cały klucz sukcesu.
Nie jest trudno wyrzucać rzeczy, które nam się nie przydadzą. Ale sami powiedzcie, ile jest takich, których ŻAL, np:
- nasz pierwszy i ukochany Miś, który się sypie ze starości, ale przecież jest pierwszy, no i ukochany;
- mądre książki, które jeszcze mogą się przydać, a zwłaszcza dziecku (tak, temu samemu, które zaczyna i kończy dzień z internetem);
- spodnie, do których trzeba tylko trochę schudnąć;
- spodnie, które są za duże, ale gdyby odchudzanie magicznie odwróciło tendencję w tycie…;
- kubek od koleżanki z podstawówki, z jej pierwszych wakacji we Włoszech;
- tylko trochę użyty balsam, który nieładnie pachnie, ale skoro jest go całe opakowanie… no, niegospodarność byłaby;
- i więcej, i więcej.
Skutek jest taki, że masa pamiątek ląduje gdzieś na strychach, piwnicach, pawlaczach, ciuchy ne mieszczą się w szafach, pamiątki z podróży na półkach, a książki nigdzie.
Sposób Marie Kondo jest prosty i ujmujący. Mianowicie taki, żeby przechowywać tylko takie rzeczy, z którymi dobrze się czujemy, dobrze na poziomie emocji, odczuć. A tym rzeczom, z którymi chcemy się rozstać i jest ciężko – należy podziękować (w duszy rzecz jasna) za to, że tak dobrze nam posłużyły. A wręcz, że ich istnienie w naszym domu nauczyło nas, że ich NIE potrzebujemy.
Proste?
Naprawdę lubię Japończyków za prostotę.

  I o tym również będzie w jednym z następnych odcinków.

A książkę polecam z czystym sumieniem.

≈A≈

Ray Bradbury „451 Fahrenheita”

Ray Bradbury
„451 Fahrenheita”

Fahrenheit_451_by_Bzirue17

Cieszę się, że „spotkałam” się z książką teraz, a nie kiedykolwiek wcześniej.
Książka w założeniu SF. Science-fiction, z gatunku „świat za sto lat”. Tutaj – w bliżej nieokreślonej, w założeniu – dalekiej przyszłości. Świat zdominowamy elektronicznym, szybkim pulsem życia, ale dodajmy, jałowego życia. Życia wypełnionego poza pracą, jedynie prostymi rozrywkami, zapychaczami czasu. „Ścianowizją” (ekrany, zastępujące ściany, wyświetlające interaktywne seriale bez spójnej fabuły, których sensu nikt nie docieka), wyścigami samochodowymi i przemocą wobec innych uczestników tak zwanych zabaw. W tym świecie nikt nie ma czasu, nie toczy się długich rozmów, emocje są źle widziane. Liczą się pieniądze na nowe rozwrywki, na nowy sprzęt. Brzmi znajomo?
Większość społeczeństwa mieli tę papkę rozrywki, prąc wciąż do przodu w poszukiwaniu nowych podniet. Jak zawsze znajdzie się ktoś, kto odczuje niepokój, kto wyskoczy z kolein,  i dokona przelomu lub odkrycia. Ale nie dla ludzkości i mas, dla siebie. Bo tu niestety jednostka jest mało istotna, dopiero w masie możliwy jest przełom. Pojedyncze jednostki dokonują odkryć, ale to moda tłumu, parcie masy popycha świat w nowym kierunku i sprawia, że pojedyncze odkrycia stają się kołem zamachowym zmian.

Na podstawie „451 Fahrenhaita” powstał swego czasu film „Equilibrium”, luźno nawiązujący do tematu, choć w podobnej oprawie i generalnie traktujący o podobnym procesie. O tym, że łatwiej sterować ludźmi ogłupionymi, że zmiękczone mózgi dadzą poprawadzić się wegług odgórnego planu, jeśli tylko zastosować odpowiednią skalę. W Equilibrium sterowanie odbywało się z pomocą pigułek, przydziałowi zadań, szczelnej organizacji. W Fahrenhaicie jest prościej, i w gruncie rzeczy bardziej, jak się okazuje – realnie – ogłupienie zalewem taniej, nachalnej rozrywki, prostej, każdemu dostępnej (czyż to nie jest uwodzicielskie?). Chociaż ze 25 lat temu, gdy wychodziliśmy z szarego cienia uznałabym, że to Equilibrium jest prawdziwsze; to kwestia odniesienia i tego, co nas otacza w codzienności.

Ray Bradbury wieszczył ponurą wizję. Wyższości tandety nad głębią. I potrzeby kolejnych kilku pokoleń, aby dotrzeć z powrotem do źródeł, do potrzeby rozwoju. Konieczności upadku przed następnym wzlotem ewolucyjnym człowieka. Ale nie sposób nie dostrzec, ze taka była tendencja tamtych czasów, książka powstała w 1953 r. Okrucieństwa świeżo minionych wojen i widmo nieuchronnego zdawało się grzyba atomowego w najbliższej przyszłości – to nadawało pewien specyficzny rys tamtym czasom, który zresztą utrzymał się bardzo długo w literaturze sf. Od razu też przychodzi mi na myśl film „The Day After”,
apokaliptyczna wizja wybuchu atomowego, ale to już całkiem inna para kaloszy….

A na marginesie – w kontekście wszystkiego, co powyżej, dumam nad życiem w Korei Płn. Nie spekuluję, nie gdybam, ale bardzo się zastanawiam…

≈A≈