„November rain”

  W (przedłużającej) się przerwie pomiędzy wpisami, jakże intensywnie (chociaż przewidywalnie) zmieniła się aura. Ze „Złotej Polskiej jesieni” znienacka przeszła w stan pod jakże nam znanym tytułem – szaro, buro i ponuro. Słońce schowało się za chmurami i gęstym, szarym oparem wilgotnych, jesiennych mgieł. Ptaki już odleciały na południe, a jeśli jakieś się spóźniły, to robią to właśnie w tej chwili. Wilgoć zimnego powietrza przenika do kości, wszechogarniająca szarość przygniata, namawia do przymknięcia oczu, przysypiania… Lecz nawet wśród tej szarości zdarzy się mała plamka koloru, iskierka barwy, rozweselające kolorowe piórko, które przypomina, że pewnego dnia słońce i kolory powrócą. Patrzcie…

Józef Chełmoński, Odlot żurawi,  1870.

  Któż mógłby lepiej oddać ten stan świata i ducha, jak nie jeden z naszych rodaków, młodopolskich realistów? Kiedy widzę i myślę o późnej jesieni, widzę obrazy Chełmońskiego, Malczewskiego, Mehoffera, a w wyobraźni widzę to, co malowali słowem – Reymont, Sienkiewicz i Prus. Wręcz czuję błoto pod nogami i zimny deszcz za kołnierzem… A pròpos tytułu, ostatnio w radio było na temat smutnych, depresyjnych piosenek, mających „november” w tytule, zdumiałam się, ze było ich tak wiele!
Póki co, myślmy o nadchodzącej Gwiazdce, jedzmy dynie i przetrwajmy jakoś ten szaro-bury czas!

≈A≈