Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi”

 

  Trudno jest napisać w sposób świeży i odkrywczy coś, co wszyscy znają. To jak przerobić Marsyliankę lub „Pszczółkę Maję” na aranżację, która zarówno nie odbiegnie od oryginału, ale jednak zachwyci świeżością. Albo napisać w porywający sposób dwudziestą biografię Marylin Monroe… Pisanie książki historyczno-fabularnej na temat polskiej historii średniowiecznej wydawało mi się pomysłem co najmniej trudnym. Pewnie pamiętacie lekcje historii z podstawówki, niemiłosiernie nudne wkuwanie faktów i dat. Do dzisiaj przechodzi mnie dreszcz, gdy przypomnę sobie, jak usiłowałam zapamiętać daty kilku bitew z jakiejś siedemnastowiecznej wojenki i z rozpaczą myślałam, do czego jest mi potrzebna ta wiedza? A na dobitkę jeszcze serdecznie nie cierpiałam Sienkiewicza i Trylogia należy do tej małej garsteczki lektur, których nie przeczytałam. Łatwo się więc domyślić, że profil humanistyczny nie był mi bliski w czasach szkolnych.

  Jednak z biegiem lat moje zainteresowanie historią wzrosło, a i kąt widzenia znacznie się zmienił. Trzeba było szerszego spojrzenia i mniejszego przywiązania do dat. Uświadomienia sobie, że te wojenki, których daty z takim wstrętem wkuwałam to nie było wydarzenie oderwane od reszty świata. Postęp technologiczny sprawił, że w bardzo szybkim tempie zmieniło się nasze życie. Warunki w jakich obecnie żyjemy są coraz bardziej  sterylne i stwarzane przez nas na wzór i podobieństwo tego, co staje się modne na zdjęciach i portalach społecznościowych. Z jednej strony czasy średniowiecza są dla nas niewyobrażalnie odległe, z drugiej czujemy, ze życie wtedy było autentyczne i intensywne. Żyło się krócej, blisko z naturą, liczyła się praca rąk, siła i odwaga. Dla wielu z nas brzmi to kusząco. Ponieważ jestem fanką różnych jarmarków, na których goszczą rozmaite grupy rekonstruktorskie widzę, jak wielkim zainteresowaniem cieszą się dawne czasy.  Podsumowując ten wywód – to jest jedna z dwóch przyczyn, jakie moim zdaniem przyciągnęły czytelników do powieści Cherezińskiej. Lecz nie jest to przyczyna decydująca.

  Pierwszą, podstawową i zasadniczą jest to, że Pani Elżbieta jest diabelnie dobrą gawędziarą ! Gawędziarstwo to talent. Są ludzie, którzy mają talent malarski. Są talenty muzyczne. Istnieją geniusze matematyczni. Są też ludzie, którzy mają prawdziwy zmysł handlowy albo urodzeni restauratorzy. W każdej dziedzinie można wyróżnić kilka stopni ludzkich możliwości. Od absolutnego beztalencia, przez wyrobników, średnio-zaangażowanych aż po rzemieślników, przebłysków geniuszu i prawdziwych gwiazd. Myślę, że sukces Elżbiety Cherezińskiej tkwi – mówiąc najprościej w świecie – w talencie do snucia opowieści. Wnoszę taką tezę nie tylko po lekturze „Korony…”. Tego lata Cherezińska promowała powieść „Harda” i w związku z tym miałam przyjemność słuchać kilka wywiadów w radiowej Trójce. Zajrzałam też na stronę autorki (zajrzyj tutaj). I muszę powiedzieć, ze ta kobieta mnie porwała :) Historia jest jej niekłamaną pasją, czym potrafi zarazić, a jednocześnie potrafi opowieść przekazać w taki sposób, że czytanie „robi się” samo. Wciąga nie wiadomo kiedy w wir zdarzeń aż budzisz się o 1 w nocy na 250 stronie i zaczynasz martwić, że historia tak szybko ucieka. Pani Elżbieta nie tylko pięknie pisze, ale równie pięknie mówi (stąd moje utwierdzenie w przekonaniu, że jest to dar wrodzony, geniusz w snuciu gawędy). Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli możliwość – posłuchajcie Pani Elżbiety, ma piękną, ciepłą barwę głosu, nienaganną dykcję radiowej lektorki i pasję, o której opowiada i którą przekazuje dalej.

  A teraz wróćmy do „Korony śniegu i krwi”. O czym ta książka? Jest taki zaułek w polskiej historii, który większość z nas słabo pamięta. Silna Polska pierwszych Piastów zaczęła się dzielić. Z wczesnośredniowiecznej potęgi weszliśmy w okres podziału na księstwa. Każdy dziedziczący syn i wnuk chciał mieć własny spłachetek ziemi i dóbr, co doprowadziło do podziału silnego państwa na kilkadziesiąt słabiutkich księstewek. Jednak pamięć o sile Piastów nie zaginęła i nadal kiełkuje w kilku silnych umysłach. „Korona śniegi i krwi” opowiada o mozolnym powrocie, o łączeniu sił w celu ponownego zjednoczenia w silny zespół i zasobne państwo. Dokonują tego postaci, znane nam gdzieś z kart historii, ale żyjące w książce bardzo realnie, ze wszystkimi emocjami, słabościami i pragnieniami każdego człowieka. Szybko czujemy bliskość z bohaterami książki, a przez to zapominamy o ich „historyczności”. Średniowiecze odmalowane tak namacalnie przestaje być odległe, nagle wydaje nie bardziej obce niż piknik w parku za domem. Śledzimy losy Przemysła II, jego młodziutkiej żony Lukardis, krewnych i powinowatych Przemysła, kantora Jakuba Świnki; którzy podążają swoją drogą, ale nie do końca własnym wyborem. Cherezińska bardzo umiejętnie wplotła w opowieść wątki fantastyczne. Obecne na każdym kroku, lecz nie burzące porządku, a wręcz przeciwnie, podkreślają atmosferę, nadają klimat. Podam jeden przykład. W owych czasach istotną kwestią były herby rodowe, które określały nie tylko przynależność do danego rodu, ale też w znacznej mierze ułatwiały identyfikację kto jest kim, i z kim trzyma sztamę. Te wszystkie lwy i orły, półkozice i orlice. W powieści są one istotami ożywionymi, trochę jak ruchome zdjęcia z „Harry’ego Pottera”, wchodzące w interakcje z innymi herbami. Gdy wita się dwójka książąt, którzy nie darzą się sympatią, zwierzęta herbowe okazują sobie wrogość. Gdy spotykają się sprzymierzeńcy, herby okazują sobie sympatię. Jest to szczegół rodem z fantasy, który jednak nie ma w żaden sposób istotnego wpływu na historię. A przypomnę, że Pani Elżbieta trzyma się przede wszystkim historii. Wiele można wymyślić, dopowiedzieć i otoczyć bajką, lecz fakty są stałe i niezmienne.

  Naturalną rzeczą wydało mi się porównanie „Korony…” z „Grą o Tron”. Soczysta akcja, wielowątkowość, historyczne tło, magia… Nie wiem, czy Cherezińska miała taki zamysł, czy jest to czysty przypadek, ale w efekcie mamy własną, słowiańską, polską „Grę o Tron”. Jeśli miałabym cokolwiek skrytykować… cóż nie uniknę szczypty pieprzu w beczce miodu. Jedyne, co sprawiło mi trudność w trakcie czytania, to bardzo delikatne, ale jednak natrętne przeczucie, że autorka nazbyt hołubi niektórych bohaterów. A przez to też „wygładza” im charaktery i nadaje rys większej prawości i szlachetności, niż było to w istocie. Z drugiej strony jednakże poczułam swego rodzaju dumę narodową, więc kończąc – polecam nie tylko entuzjastom historii, fantasy czy fabuły, ale zwłaszcza narodowcom i patriotom wszelkiej maści, choćby dlatego, ze wiedzy o korzeniach nigdy dość ;)

≈A≈

Gierymski vs. da Vinci – starcie mistrzów

Pomarańczarka vs. Mona Lisa

     

 Chcesz obejrzeć obraz w powiększeniu? Kliknij na obrazie

A. Gierymski, Żydówka z pomarańczami, 1881   vs.   L. da Vinci, Mona Lisa, 1506

  Możecie uznać, że mnie poniosło – porównywać te dwa dzieła. A ja pytam – czemu nie? Powiecie: niebo a ziemia, geniusz kontra rzemieślnik. A ja powiem: idealizm kontra życie.

  Te dwa obrazy różni nie tyko epoka, styl, postać i wiek modelki, ale też sposób postrzegania malarstwa przez wykonawcę, podejście do istoty wykonywanej pracy.

  Łączy je „kobiecy” temat. Podobne, centralnie przedstawione ujęcie kobiecej postaci, enigmatyczne skrzywienie ust, który u jednej jest zapowiedzią uśmiechu, u drugiej zwiastować może łzy. Tło nieco przymglone, lekko zarysowane.

  Pomarańczarka jest kobietą z krwi i kości. Spracowaną, zmęczoną, lecz domyślać się można, że w ciągłym ruchu, handlarka cytryn (pomarańczy?), w rękach dzierży druty, którymi przebiera nad robótką. Chłodne nadrzeczne tło i strój kobiety wskazują na mglisty jesienny poranek.

  … Chłodne powietrze znad Wisły niesie z sobą gryzącą woń z kopcących nad miastem  kominów i nadrzecznego szlamu. Za to z koszyków handlarek dobiega delikatny zapach cytrusów i późnych jabłek. Na bazarze rozkręca się powoli poranny harmider, krzyki chłopców na posyłki, targowanie przekupek, przekleństwa woźniców. „Apluzyny*, świżutkie aaaaapluzynyyyy….” Rześkie powietrze rozjaśnia się dniem, a staruszka, mimo wczesnej pory, jest już zmęczona, od pracy, nędzy, braku sił w codziennych zmaganiach.

  (* w dawnej gwarze – pomarańcze, cytrusy)

  Patrząc na Mona Lisę nie mam wrażenia, że patrzę na żywą istotę, jest jak dla mnie nierealna i androgyniczna. Jakby autor stworzył nie portret konkretnej osoby, lecz uniwersalny wzorzec portetowania. Wczesnorenesansowa dama na tle spokojnego pejzażu. Bez żadnej cechy charakterystycznej, żadnych wskazówek co do upodobań, cech osobowych. Postać „usadzona” jakby w oknie, na tle pejzażu w monotonnej kolorystyce, ale dramatycznym ukształtowaniu, woda, wzgórza, akwedukty, kamieniste zbocza i droga w wąwozach. Wygładzone rysy twarzy są tak uniwersalne, że widziano w nich nie tylko różne kobiety, ale nawet samego Leonarda. Wrażenie uniwersalności potęguje wyrównana kolorystycznie paleta, niemal monochromatyczna.

  Jest też coś, czego pominąć nie sposób – maniera malarska wynikająca z epoki, z tego, było w danym momencie „modne” i z tego, jakimi surowcami dysponowano. Ręcznie wyrabiane farby Leonarda, o różnym stopniu trwałości, malowane na desce kontra farby przemysłowe Gierymskiego, malowane na płótnie. Renesansowa zwiewność obrazu kontra grubo ciosany farbą realizm epoki impresjonizmu.

  A nadal, mimo wykazania tak wielu różnic, widzę tutaj rys wspólny. Czy dotyczy on kobiecości? Czy to łagodność spojrzenia, a może pewna słabość w opuszczonych ramionach? A może to nieco nierealne tło, które wzmaga poczucie odrębności przedstawionych postaci?

   U mnie wynik 1:0 dla Gierymskiego.

   A u Was ? ;)

≈A≈

Długie Polaków rozmowy

Aleksander Gierymski, W altanie, 1882

„Zdrów i wesół wychodzę z moimi kompany:

W tym obiad zastaliśmy już przygotowany.

Siadamy. Chwali trzeźwość pan Jędrzej, my za nim,

Bogdaj to wstrzemięźliwość, pijatykę ganim,

A tymczasem butelka nietykana stoi.

Pan Wojciech, co się bardzo niestrawności boi,

Po szynce, cośmy jedli, trochę wina radzi:

Kieliszek jeden, drugi zdrowiu nie zawadzi.

A zwłaszcza kiedy wino wytrawione, czyste,

Przestajem na takowe prawdy oczywiste.

Idą zatem dyskursa tonem statystycznym

O miłości ojczyzny, o dobru publicznym,

O wspaniałych projektach, mężnym animuszu,

Kopiem góry dla srebra i złota w Olkuszu,

Odbieramy Inflanty i państwa multańskie,

Liczemy owe sumy neapolitańskie,

Reformujemy państwo, wojny nowe zwodzim,

Tych bijem wstępnym bojem, z tamtymi się godzim -

A butelka nieznacznie jakoś się wysusza.

Przyszła druga; a gdy nas żarliwość porusza,

Pełni pociech, że wszyscy przeciwnicy legli,

Trzeciej, czwartej i piątej aniśmy postrzegli.

Poszła szósta i siódma, za nimi dziesiąta.”

Ignacy Krasicki, „Pijaństwo” (fragment)

≈A≈