„Sto lat samotności” – latynoskie tango Marqueza

Tuż po lekturze „Stu lat samotności” – jeszcze w lekkim oszołomieniu…

Jedna z tych lektur, do których długo się zbierałam, z mieszanym podejściem. Z jednej strony  uwielbiam południowoamerykańską egzotykę, z drugiej jednak łatka „realizmu magicznego” (z takim określeniem tej książki spotykałam się najczęściej) odstręcza mnie intensywnie.

Przeczytałam kilka recenzji, wszystkie entuzjastyczne i bardzo PRO. Wzięłam więc byka za rogi.

No i ?? – zapytacie.

No i właśnie, realizm magiczny, piorun by go spalił….

Powieść mówi o miejscu i o rodzinie. Jest to swoista kronika rodziny Buendia. Rodzina ta, na sposób ludów wędrownych, znalazła swoje miejsce na ziemi i osiedliła się w miejscy nazwanym Macondo, jakim jest bliżej niedookreślona wioska gdzieś w Ameryce Południowej. Kolejne pokolenia rodzą się i umierają, a świat dookoła zdaje się być to bardziej, to mniej realny. Członkowie rodu szeroko ulegają namiętnościom, zazwyczaj wbrew wszelkiemu rozsądkowi, lub też w odwrotności – tak bardzo się namiętności wypierają, że jest to aż absurdalne. Zrazu fabuła zdaje się być niemal naturalistyczna, żeby jednak wraz z rozwojem szaleństw członków rodziny odskoczyć od realizmu i pogrążać się w grotesce, jak w sennym majaku. Realizm i abstrakcja mieszają się tu dość dowolnie, co jednak, jak muszę przyznać, w przypadku tej powieści nie tylko nie za bardzo męczy, a wręcz urozmaica akcję. Styl pisarski jest bardzo mocną stroną tej książki. Historia toczy się, a nie snuje, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Z jednego bohatera przeskakuje na innego, z realiów rebelianckich, wojennych, przez typową sagę rodzinną, po klimaty medytacyjne, a nawet transcendentalne. Taki zabieg powoduje, ze czytelnik, zanim zdąży się znudzić jednym wątkiem, już siedzi po uszy w następnym. I nie zauważa, że tak naprawdę ta historia zmierza donikąd…. przynajmniej w dosłownym, naturalistycznym znaczeniu.

Znam wszystkie ochy i achy na temat „Stu lat…”, jak już wspomniałam, przeczytałam wiele recenzji, zanim po nią sięgnęłam. Właściwie wszystkie były entuzjastyczne. A ja nie podzielam, niestety.

Nie chcę nikomu psuć przyjemności ani niespodzianki kończącej się opowieści, więc nie wspomnę o zakończeniu tej sagi. Podkreślę też, że ujmuje mnie styl pisarski, dla którego przeczytałam tę powieść do końca. Historia jest spójna, płynna i wciągająca. Szczęśliwie pozbawiona tego, czego bałam się najbardziej – prawd objawionych w stylu Paulo Coelho. No i mogłabym na tym poprzestać. Ale nie potrafię nie dodać – ALE… Co mnie odrzuca to właśnie ów realizm magiczny czy też magia realistyczna, ów nieznośny tryb abstrakcji powieściowej, który mam wrażenie, że najbardziej nęka Latynosów i Słowian. Zaburzenie praw fizyki i biochemii na rzecz malowniczej, baśniowej wizji świata. Powieść została okrzyknięta jako ta, która przedstawia wspólny rys narodów Ameryki Południowej, przekrój przez obawy i nadzieje społeczeństwa. Według mnie jest to zarówno zaleta, jak i wada. W pewnym momencie bowiem poczułam, że co zbyt dużo, to niezdrowo. Że nagromadzenie tych wszystkich różności, które autor chciał pokazać, jest męczące. Że SAM AUTOR w pewnym momencie poczuł znużenie własnym dziełem. I wtedy właśnie zaczął błędnym, acz uporczywym krokiem zmierzać do końca opowieści (trochę jak pijak, który zatacza się, ale czuje, że już MUSI do domu).

Reasumując – styl TAK, z podkreśleniem. Takie powieści można czytać godzinami, ponieważ czytelnik czuje, że autor go zabawia opowieścią, roztacza pewne wizje, które ogląda się oczami wyobraźni jak film, bez poczucia fałszu. Fabuła i przesłanie NIE – nie dla mnie, nie do końca, nie bezkrytycznie, nie w ten sposób, ogólnie zawsze trochę na nie.

Pewien efekt jednak autor osiągnął bezsprzecznie. Polubiłam jego styl narracji. I zastanawiając się ostatnio, co by tu poczytać, przy półce z nazwiskiem Marquez pomyślałam – w porządku, to nie będzie strata czasu. A może – kto wie! – będzie to ta perełka, na jaką czekam? Zobaczymy

≈A≈

Jazzowy chillout Hoppera

Edward Hopper, „Automat” 1927

  Wieczór, ciemno, chłodno. Ale nie w mieście, nie w przesadnie oświetlonych, nagrzanych wnętrzach. Jasne światło odbija się w gładkiej powierzchni szkła, szybuje w mrok, powiela jarzeniowe echo. Powietrze pachnie rozgrzanym metalem i odrobiną kurzu, cynamonem ciastek. Kawa paruje. W radio jazz. Zmęczenie dniem osiada na ramionach. Zabiegane jesienne popołudnie przeszło niepostrzeżenie w leniwy przedzimowy wieczór. Zakupy, spotkania, projekty? Nie tutaj, tutaj odpoczywam. Zaraz dopiję kawę i pójdę dalej – w mrok własnych spraw. Patrzcie…

≈A≈

 

 

Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi”

 

  Trudno jest napisać w sposób świeży i odkrywczy coś, co wszyscy znają. To jak przerobić Marsyliankę lub „Pszczółkę Maję” na aranżację, która zarówno nie odbiegnie od oryginału, ale jednak zachwyci świeżością. Albo napisać w porywający sposób dwudziestą biografię Marylin Monroe… Pisanie książki historyczno-fabularnej na temat polskiej historii średniowiecznej wydawało mi się pomysłem co najmniej trudnym. Pewnie pamiętacie lekcje historii z podstawówki, niemiłosiernie nudne wkuwanie faktów i dat. Do dzisiaj przechodzi mnie dreszcz, gdy przypomnę sobie, jak usiłowałam zapamiętać daty kilku bitew z jakiejś siedemnastowiecznej wojenki i z rozpaczą myślałam, do czego jest mi potrzebna ta wiedza? A na dobitkę jeszcze serdecznie nie cierpiałam Sienkiewicza i Trylogia należy do tej małej garsteczki lektur, których nie przeczytałam. Łatwo się więc domyślić, że profil humanistyczny nie był mi bliski w czasach szkolnych.

  Jednak z biegiem lat moje zainteresowanie historią wzrosło, a i kąt widzenia znacznie się zmienił. Trzeba było szerszego spojrzenia i mniejszego przywiązania do dat. Uświadomienia sobie, że te wojenki, których daty z takim wstrętem wkuwałam to nie było wydarzenie oderwane od reszty świata. Postęp technologiczny sprawił, że w bardzo szybkim tempie zmieniło się nasze życie. Warunki w jakich obecnie żyjemy są coraz bardziej  sterylne i stwarzane przez nas na wzór i podobieństwo tego, co staje się modne na zdjęciach i portalach społecznościowych. Z jednej strony czasy średniowiecza są dla nas niewyobrażalnie odległe, z drugiej czujemy, ze życie wtedy było autentyczne i intensywne. Żyło się krócej, blisko z naturą, liczyła się praca rąk, siła i odwaga. Dla wielu z nas brzmi to kusząco. Ponieważ jestem fanką różnych jarmarków, na których goszczą rozmaite grupy rekonstruktorskie widzę, jak wielkim zainteresowaniem cieszą się dawne czasy.  Podsumowując ten wywód – to jest jedna z dwóch przyczyn, jakie moim zdaniem przyciągnęły czytelników do powieści Cherezińskiej. Lecz nie jest to przyczyna decydująca.

  Pierwszą, podstawową i zasadniczą jest to, że Pani Elżbieta jest diabelnie dobrą gawędziarą ! Gawędziarstwo to talent. Są ludzie, którzy mają talent malarski. Są talenty muzyczne. Istnieją geniusze matematyczni. Są też ludzie, którzy mają prawdziwy zmysł handlowy albo urodzeni restauratorzy. W każdej dziedzinie można wyróżnić kilka stopni ludzkich możliwości. Od absolutnego beztalencia, przez wyrobników, średnio-zaangażowanych aż po rzemieślników, przebłysków geniuszu i prawdziwych gwiazd. Myślę, że sukces Elżbiety Cherezińskiej tkwi – mówiąc najprościej w świecie – w talencie do snucia opowieści. Wnoszę taką tezę nie tylko po lekturze „Korony…”. Tego lata Cherezińska promowała powieść „Harda” i w związku z tym miałam przyjemność słuchać kilka wywiadów w radiowej Trójce. Zajrzałam też na stronę autorki (zajrzyj tutaj). I muszę powiedzieć, ze ta kobieta mnie porwała :) Historia jest jej niekłamaną pasją, czym potrafi zarazić, a jednocześnie potrafi opowieść przekazać w taki sposób, że czytanie „robi się” samo. Wciąga nie wiadomo kiedy w wir zdarzeń aż budzisz się o 1 w nocy na 250 stronie i zaczynasz martwić, że historia tak szybko ucieka. Pani Elżbieta nie tylko pięknie pisze, ale równie pięknie mówi (stąd moje utwierdzenie w przekonaniu, że jest to dar wrodzony, geniusz w snuciu gawędy). Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli możliwość – posłuchajcie Pani Elżbiety, ma piękną, ciepłą barwę głosu, nienaganną dykcję radiowej lektorki i pasję, o której opowiada i którą przekazuje dalej.

  A teraz wróćmy do „Korony śniegu i krwi”. O czym ta książka? Jest taki zaułek w polskiej historii, który większość z nas słabo pamięta. Silna Polska pierwszych Piastów zaczęła się dzielić. Z wczesnośredniowiecznej potęgi weszliśmy w okres podziału na księstwa. Każdy dziedziczący syn i wnuk chciał mieć własny spłachetek ziemi i dóbr, co doprowadziło do podziału silnego państwa na kilkadziesiąt słabiutkich księstewek. Jednak pamięć o sile Piastów nie zaginęła i nadal kiełkuje w kilku silnych umysłach. „Korona śniegi i krwi” opowiada o mozolnym powrocie, o łączeniu sił w celu ponownego zjednoczenia w silny zespół i zasobne państwo. Dokonują tego postaci, znane nam gdzieś z kart historii, ale żyjące w książce bardzo realnie, ze wszystkimi emocjami, słabościami i pragnieniami każdego człowieka. Szybko czujemy bliskość z bohaterami książki, a przez to zapominamy o ich „historyczności”. Średniowiecze odmalowane tak namacalnie przestaje być odległe, nagle wydaje nie bardziej obce niż piknik w parku za domem. Śledzimy losy Przemysła II, jego młodziutkiej żony Lukardis, krewnych i powinowatych Przemysła, kantora Jakuba Świnki; którzy podążają swoją drogą, ale nie do końca własnym wyborem. Cherezińska bardzo umiejętnie wplotła w opowieść wątki fantastyczne. Obecne na każdym kroku, lecz nie burzące porządku, a wręcz przeciwnie, podkreślają atmosferę, nadają klimat. Podam jeden przykład. W owych czasach istotną kwestią były herby rodowe, które określały nie tylko przynależność do danego rodu, ale też w znacznej mierze ułatwiały identyfikację kto jest kim, i z kim trzyma sztamę. Te wszystkie lwy i orły, półkozice i orlice. W powieści są one istotami ożywionymi, trochę jak ruchome zdjęcia z „Harry’ego Pottera”, wchodzące w interakcje z innymi herbami. Gdy wita się dwójka książąt, którzy nie darzą się sympatią, zwierzęta herbowe okazują sobie wrogość. Gdy spotykają się sprzymierzeńcy, herby okazują sobie sympatię. Jest to szczegół rodem z fantasy, który jednak nie ma w żaden sposób istotnego wpływu na historię. A przypomnę, że Pani Elżbieta trzyma się przede wszystkim historii. Wiele można wymyślić, dopowiedzieć i otoczyć bajką, lecz fakty są stałe i niezmienne.

  Naturalną rzeczą wydało mi się porównanie „Korony…” z „Grą o Tron”. Soczysta akcja, wielowątkowość, historyczne tło, magia… Nie wiem, czy Cherezińska miała taki zamysł, czy jest to czysty przypadek, ale w efekcie mamy własną, słowiańską, polską „Grę o Tron”. Jeśli miałabym cokolwiek skrytykować… cóż nie uniknę szczypty pieprzu w beczce miodu. Jedyne, co sprawiło mi trudność w trakcie czytania, to bardzo delikatne, ale jednak natrętne przeczucie, że autorka nazbyt hołubi niektórych bohaterów. A przez to też „wygładza” im charaktery i nadaje rys większej prawości i szlachetności, niż było to w istocie. Z drugiej strony jednakże poczułam swego rodzaju dumę narodową, więc kończąc – polecam nie tylko entuzjastom historii, fantasy czy fabuły, ale zwłaszcza narodowcom i patriotom wszelkiej maści, choćby dlatego, ze wiedzy o korzeniach nigdy dość ;)

≈A≈