Ray Bradbury „451 Fahrenheita”

Ray Bradbury
„451 Fahrenheita”

Fahrenheit_451_by_Bzirue17

Cieszę się, że „spotkałam” się z książką teraz, a nie kiedykolwiek wcześniej.
Książka w założeniu SF. Science-fiction, z gatunku „świat za sto lat”. Tutaj – w bliżej nieokreślonej, w założeniu – dalekiej przyszłości. Świat zdominowamy elektronicznym, szybkim pulsem życia, ale dodajmy, jałowego życia. Życia wypełnionego poza pracą, jedynie prostymi rozrywkami, zapychaczami czasu. „Ścianowizją” (ekrany, zastępujące ściany, wyświetlające interaktywne seriale bez spójnej fabuły, których sensu nikt nie docieka), wyścigami samochodowymi i przemocą wobec innych uczestników tak zwanych zabaw. W tym świecie nikt nie ma czasu, nie toczy się długich rozmów, emocje są źle widziane. Liczą się pieniądze na nowe rozwrywki, na nowy sprzęt. Brzmi znajomo?
Większość społeczeństwa mieli tę papkę rozrywki, prąc wciąż do przodu w poszukiwaniu nowych podniet. Jak zawsze znajdzie się ktoś, kto odczuje niepokój, kto wyskoczy z kolein,  i dokona przelomu lub odkrycia. Ale nie dla ludzkości i mas, dla siebie. Bo tu niestety jednostka jest mało istotna, dopiero w masie możliwy jest przełom. Pojedyncze jednostki dokonują odkryć, ale to moda tłumu, parcie masy popycha świat w nowym kierunku i sprawia, że pojedyncze odkrycia stają się kołem zamachowym zmian.

Na podstawie „451 Fahrenhaita” powstał swego czasu film „Equilibrium”, luźno nawiązujący do tematu, choć w podobnej oprawie i generalnie traktujący o podobnym procesie. O tym, że łatwiej sterować ludźmi ogłupionymi, że zmiękczone mózgi dadzą poprawadzić się wegług odgórnego planu, jeśli tylko zastosować odpowiednią skalę. W Equilibrium sterowanie odbywało się z pomocą pigułek, przydziałowi zadań, szczelnej organizacji. W Fahrenhaicie jest prościej, i w gruncie rzeczy bardziej, jak się okazuje – realnie – ogłupienie zalewem taniej, nachalnej rozrywki, prostej, każdemu dostępnej (czyż to nie jest uwodzicielskie?). Chociaż ze 25 lat temu, gdy wychodziliśmy z szarego cienia uznałabym, że to Equilibrium jest prawdziwsze; to kwestia odniesienia i tego, co nas otacza w codzienności.

Ray Bradbury wieszczył ponurą wizję. Wyższości tandety nad głębią. I potrzeby kolejnych kilku pokoleń, aby dotrzeć z powrotem do źródeł, do potrzeby rozwoju. Konieczności upadku przed następnym wzlotem ewolucyjnym człowieka. Ale nie sposób nie dostrzec, ze taka była tendencja tamtych czasów, książka powstała w 1953 r. Okrucieństwa świeżo minionych wojen i widmo nieuchronnego zdawało się grzyba atomowego w najbliższej przyszłości – to nadawało pewien specyficzny rys tamtym czasom, który zresztą utrzymał się bardzo długo w literaturze sf. Od razu też przychodzi mi na myśl film „The Day After”,
apokaliptyczna wizja wybuchu atomowego, ale to już całkiem inna para kaloszy….

A na marginesie – w kontekście wszystkiego, co powyżej, dumam nad życiem w Korei Płn. Nie spekuluję, nie gdybam, ale bardzo się zastanawiam…

≈A≈

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.